Wycofujące się z górskiej twierdzy siły Aszreganów, Krygolitów i ich sojuszników zapadły miedzy porośnięte gęstą roślinnością wzgórza, skąd ledwo dało się śledzić przebieg walk w pobliżu sztabu. Żołnierze widzieli jednak, że atak Gromady był druzgocący. Nieliczni obrońcy stawiali opór jak długo mogli i ginęli za ideę Celu. Ampliturowie nie mogli liczyć na lepszy obrót sprawy.
Grupa Randżiego znała przebieg zdarzeń jedynie ze zdawkowych komunikatów, podsłuchanych w komunikatorach. Byli zbyt daleko, aby słyszeć eksplozje, które pustoszyły wnętrze góry.
Nie trwało długo, a atakujący zaczęli formować nowe szyki na stokach zdobytej twierdzy. Niewielkie oddziały pościgowe runęły w ślad za uchodzącymi pozorantami.
Randżi zastanowił się przelotnie nad poświęceniem tych wszystkich istot, które bez cienia wahania ginęły za ideę Celu. Poczuł się nieswojo pomyślawszy, że jeszcze niedawno sam gotów był radośnie powitać podobny los.
Obecnie rozumiał daremność tych śmierci. Owszem, wiedział, że chodzi o uzyskanie przewagi i zaskoczenia, ale nadal było dlań w tych działaniach coś obscenicznego. Pamiętał też, że Ziemianie, chociaż potrafią poświęcić życie w obronie swego świata czy swych przyjaciół, miewają opory przed oddaniem ducha dla samej idei.
A przecież Cel był tylko ideą, niczym więcej.
Randźi coraz bardziej powątpiewał w podobne idee.
Ampliturowie, naturalnie, nie byli skłonni do poświęcania swych osób, przecież było ich tak mało. Randżi gotów był uznać, że to tylko wygodna wymówka. Właściwie już był o tym przekonany.
Z nieznanych powodów coraz częściej zdarzało mu się za to myśleć o Leparach.
Potem nagle przyszedł rozkaz ataku i wszystkie myśli umknęły. Zostało tylko pragnienie przetrwania.
Zdobywcy góry pozwolili sobie na pierwszą od kilku dni chwilę oddechu, gdy zewsząd, zza każdego drzewa niemal i skały, sypnęli się na nich Aszreganie i Krygolici. Zgranie w czasie było idealne.
Na całym obszarze rozpętała się chaotyczna strzelanina. Liczba ofiar rosła w zastraszającym tempie. Ziemianie i Massudzi gorączkowo sięgali po odłożoną dopiero co broń.
Ich kontratak był na tyle energiczny, że w wielu miejscach nawet zaskoczenie nie pomogło siłom Wspólnoty. Nacierający ginęli pod zmasowanym ogniem. Gdzieniegdzie jednak obrońcy nie mieli dość czasu na przegrupowanie czy ucieczkę.
Randżi starał się walczyć tak, aby ochronić siebie i swego brata. Przeklinał okoliczności, które zmusiły go do zabijania Ziemian. Obawiał się nawet, że nie będzie zdolny unieść broni, ale ku swemu zdumieniu odruchy zadziałały. Dopiero po chwili pojął, że przecież ludzie od tysięcy lat wprawiali się w mordowaniu swych współplemieńców, więc to nie czyni niczego nowego.
Saguio, Soratii-eev, Biraczii i inni szli do walki pogrążeni w błogosławionej nieświadomości. Pełni wigoru nie wiedzieli, jak w dwuznacznej sytuacji przyszło im się znaleźć.
Randżi korzystał z każdego pretekstu, byle tylko nie pchać się w największy rozgardiasz. Głośno zapowiedział, że będzie kontrolował sytuację taktyczną. Podwładni odnieśli się do niego ze zrozumieniem; wszyscy wiedzieli, ile wycierpiał. Nie oszczędzał wszakże broni i żołnierze słyszeli, że walczy. Inna sprawa, że masakrował jedynie drzewa i krzaki.
Rychło wierzchołek góry spowiły dymy płonącej roślinności i rozbitych pojazdów. Paliły się nawet zwłoki poległych. Widoczność spadła do paru metrów i coraz trudniej było odróżnić Krygolitów od Aszreganów, Aszreganów od Massudów, a tych ostatnich od Ziemian. Jedyną wskazówką były różnice w ubiorze i uzbrojeniu, a to wymagało strzelania do każdej podejrzanej postaci.
Randżi zwolnił jeszcze bardziej i prawie przytulił swój osobisty ślizgacz do ziemi. W ten sposób unikał walki powietrznej. Przedzierając się przez gęste krzewy, natknął się w pewnej chwili na dwa ciała.
Były to trupy ludzi. Mężczyzna i kobieta. Poczerniałe otwory w pancerzach pokazywały, gdzie ich trafiono. Ich własna broń leżała opodal. Mężczyzna spoczywał na boku, nie miał całej prawej strony czaszki, przez otwór widać było resztki tkanki mózgowej. Kobieta leżała na jego plecach. Randżi podziękował losowi, że nie musi oglądać jej twarzy.
Grunt u podstawy góry był raczej kamienisty niż podmokły. Randżi uznał, że może tu wylądować. Miał nadzieję czegoś się dowiedzieć.
Bliskie oględziny ciał nie powiedziały mu prawie niczego nowego. Przez chwilę wpatrywał się w rozłupaną czaszkę mężczyzny. Czy gdyby zajrzał do środka, trafiłby na to miejsce, to jedno miejsce tak odmienne u niego samego? Czy znalazłby potwierdzenie słów hivistahmskich i ludzkich lekarzy?
Wstał, wsiadł na ślizgacz i ruszył dalej przez gąszcz. W słuchawkach przelewał się gwar rozkazów i meldunków. Dżungla wkoło syczała i huczała niczym śmiertelnie trafiony gigantyczny jaszczur.
Randżi znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Poddać się nie mógł; najpewniej zostałby zastrzelony od ręki, ledwie ktoś ujrzałby jego głowę wyłaniającą się zza krzaka. Wszczepione mu protezy wymagały bowiem chirurgicznego usunięcia.
Ale przecież nie po to wracał, żeby poddawać się przy pierwszej okazji.
Błąkał się bez celu po okolicy i słuchał meldunków zwiastujących coraz bliższe zwycięstwo.
Zmęczeni niedawni zwycięzcy byli w coraz gorszej sytuacji. Nieustanne ataki rozbiły ich Unie obronne, porozdzielały na małe grupki. Bez rozkazów i dowódców zaczęli wycofywać się ku rzece, którą z taką łatwością sforsowali poprzedniego dnia w odwrotnym kierunku. Przygotowane przez Granville'a uzupełnienia nie zdążyły jeszcze dotrzeć na pierwszą linię i bardzo ich teraz brakowało.
Tego dnia żołnierze Wspólnoty wzięli wielu jeńców. Gdy stało się już jasne, że bitwa spełniła cel, Ampliturowie zebrali spory oddział, mający ścigać ocalałe jednostki wroga. Wielu przyjaciół Randżiego zgłosiło się na ochotnika.
Rzucili się do walki i ogarnęli nawet najbliższą bazę Gromady, tę, z której wyszedł fatalny dla nich atak. Opanowali w ten sposób spory szmat terenu przeciwnika. Granville musiał zająć się nie tyle ocaleniem niedobitków, co stosownym opatrzeniem własnych pozycji.
Carson, Moreno i Selinsing nie dowiedzieli się nigdy, jak wielkiej porażki stali się współautorami. Pani sierżant zginęła, gdy jej ślizgacz eksplodował, trafiony ogniem z jednostki Krygolitów. Carson został zastrzelony nad rzeką. Moreno nie udało się wydostać z otoczonej nagle fortecy, która za sprawą Aszreganów stała się ostatecznie obszernym, kamiennym grobowcem.
Wielu uciekinierów porozbijało się w dżungli. Niektórych ocaliły potem jednostki ratownicze, które mimo wyraźnego zakazu Granville'a wypuściły się jednak nad teren walk. Inni zginęli lub popadli w niewolę.
Pułkownik Nehemiah Chin miał szansę ucieczki, jednak byłaby to ucieczka prosto przed oblicze sądu polowego. Miast tego siadł za sterami ślizgacza dowodzenia, by osłonić ogniem odwrót ciężej uzbrojonych jednostek, które przecież mogły jeszcze walczyć. Jego kariera była skończona.
Zaryzykował i przegrał. Wiedział, że nijak i nigdy nie zdoła się zrehabilitować. Nie miał po co wracać.
Było w tym sporo ironii, plan bowiem prawie się powiódł. Chin nie przewidział jedynie tego ostatecznego, rozpaczliwego w zasadzie kontrataku. Do ostatniej chwili bardzo tego żałował.
Śmierć zabrała ostatecznie pułkownika China, ale nie był to koniec całej sprawy.
Siły Wspólnoty na Eirrosad znalazły się w poważnych opałach. Nie było innego wyjścia, jak przejść do obrony. Wszystkie możliwe do zluzowania oddziały rzucono, by załatać front w sektorze Granville'a. Dodatkowym skutkiem tej, jak ją nazwano, "Katastrofy China", była epidemia wzajemnych oskarżeń, która zapanowała wśród przełożonych poległego pułkownika.
Już od dłuższego czasu Wspólnota nie doznała podobnej klęski. Fala wywołanego nią czarnowidztwa dotarła aż do Wielkiej Rady.
Ampliturowie zaś świętowali zwycięstwo po swojemu, czyli nader skromnie. Nie zwykli cieszyć się z czyjejkolwiek śmierci, nawet śmierci wroga. Z celebrą zaś czekali na chwilę, gdy Cel znajdzie wreszcie spełnienie, i nie robiło im różnicy, czy stanie się to za lat sto, tysiąc czy milion. Nie przeszkadzali jednak swym sojusznikom, którzy fetowali Wiktorię głośno i wystawnie.
Pobrużdżony i Wyzuty zostali nagrodzeni słownym podziękowaniem. Uznano geniusz ich błyskotliwego manewru i obaj dostali czym prędzej nowe przydziały. I tyle. Ampliturów interesowało tylko ostateczne zwycięstwo, nie chcieli się rozpraszać. Ostatecznie wciąż mieli wiele do zrobienia.
Napływające z Eirrosad wieści podziałały przygnębiająco na cały personel planetarnego sztabu na Omafil. Nawet skłonni do żartów S'vanowie spuścili z tonu.
Dwóch ludzi, para Massudów i trzech S'vanów zebrało się w przestronnej sali, rozświetlonej miniaturowymi obrazami gwiazd i symbolami statków. Pilnie studiowali trójwymiarową mapę.
- Próba opanowania Eirrosad była i tak wysiłkiem na wyrost - zahuczał przez translator jeden ze S'vanów. - Musieliśmy osłabić garnizony w innych sektorach. Sądzę, że pora wycofać te siły. Przegrupowanie to jeszcze nie odwrót.
- Nie możemy - odezwała się z podsufitowej platformy Massudka. - Jeśli oddamy Eirrosad, stracimy szansę na przeniknięcie w głąb sektora. O, tutaj - pokazała na mapie.
- To prawda. Następna ofensywa będzie łatwiejsza, jeśli jednak utrzymamy Eirrosad. O ile utrzymamy... - wtrącił drugi S'van.
- Jeśli nie, to Ampliturowie znajdą się w uprzywilejowanej pozycji - stwierdziła Massudka. - W bezpośredniej okolicy nie ma innych zamieszkanych planet.
- Chyba za wcześnie o tym mówić - odezwał się Ziemianin i opuścił swą platformę na poziom S'vana. - Nasza sytuacja na Eirrosad jest trudna, ale nie beznadziejna. Przez jakiś czas nie zdołamy niczego tam pewnie uzyskać, ale czemu niby mielibyśmy cokolwiek oddawać?
- Zapewne, zapewne - mruknął S'van. - Chcę tylko powiedzieć, że wzmacniając garnizon Eirrosad osłabimy inne odcinki. Wiem, że Ziemianie nie lubią oglądać się wstecz, skłonni są ignorować wszystko, co nie pasuje im do ulubionego obrazka i, niestety, musze stwierdzić, iż to nie tyle ignorancja, co zabójcza głupota.
- Chwilę - warknął drugi Ziemianin. - Nie wątpię, że jesteście świetnymi taktykami, ale jak wszyscy, którzy nie wąchali prochu, boicie się ryzyka. Gdyby nie my i Massudzi, siedzielibyście tylko na tych swoich kudłatych tyłkach czekając, aż przyjdzie Amplitur i wam nakopie.
Obaj adwersarze spojrzeli na siebie przenikliwie. Jeden z Massudów poczuł, że pora interweniować.
- Nawiasem mówiąc - stwierdził, zmieniając temat - mam wrażenie, że decyzja o odesłaniu mutanta nie była słuszna.
- Tego jeszcze nie wiemy - odparł ostrożnie Ziemianin.
- Właśnie, nie wiemy - skrzywił się S'van. - I ta niewiedza jest najgorsza.
Starszy S'van się nie odezwał. I tak uznawał za rodzaj cudu, że obecni tu członkowie Gromady potrafili czasem w spokoju zamienić kilka słów i tworzyli w tej wojnie spójną koalicję. Gdyby Ampliturowie byli w pełni świadomi, jak kruchy to alians i jak silne spory powstają między sojusznikami, pewnie zdwoiliby swoje wysiłki.
- To już historia - mruknął S'van. - Nie każdy eksperyment kończy się sukcesem. Nie ma co marnować siły na wzajemne pretensje.
- Nie wiemy, co naprawdę dzieje się z obiektem. Nie nawiązał jeszcze kontaktu, ale może to zrobi - stwierdził Ziemianin.
- To zrozumiałe, że dajesz się ponieść emocjom. Gdyby rzecz dotyczyła zmutowanego S'vana, bylibyśmy równie przejęci. Ziemianin pozostał jednak głuchy na logiczne argumenty.
- Nie wiemy, na ile jego aszregańskie uwarunkowanie mogło odżyć po powrocie. Brak też wystarczających przesłanek, aby uznać operację za nieudaną. Większość wtajemniczonych sądzi obecnie, że biedak pewnie nie żyje. Trafił akurat tam, gdzie było ostatnio najwięcej zamieszania. Zanim doszło do katastrofy, przeciwnik poniósł ciężkie straty. Mógł być wśród poległych. Kto wie, może wcześniej próbował przekonać kolegów?
- Pewnie nigdy już się nie dowiemy - powiedział Massud.
- A ja jednak chciałbym to wiedzieć.
Wszyscy spojrzeli na nową postać, która wpłynęła do pomieszczenia. Zazwyczaj nie wpuszczano nikogo do sali map w trakcie narady, jednak Pierwszy cieszył się szczególnymi względami nawet wśród strażników.
Poczuł się trochę niepewnie w prawie kosmicznym mroku. Odruchowo zatrzymał się jak najbliżej S'vanów.
- Znam cię - rzucił młodszy z Ziemian. - To ty nadzorowałeś cały projekt.
- I jak może pamiętasz, byłem przeciwny wypuszczaniu pacjenta, ale o tym zdecydowano wyżej. - Zerknął na mężczyznę i wytrzymał nawet przez chwilę jego spojrzenie. Zazwyczaj tylko Turlogowie potrafili wpatrywać się w te oczy bez speszenia.
- Wtedy nie widzieliśmy żadnej alternatywy - powiedział drugi mężczyzna.
- Właśnie. Nie widzieliście jej, chociaż była. Trzeba było posłuchać mnie i jeszcze kilku osób. Ale woleliście myśleć jak wojskowi, a ci nie słuchają rad naukowców i nie trawią krytyki. Teraz płacimy słono za waszą krótkowzroczność.
- Moment - odezwał się Ziemianin. - Sugerujesz, że ostatnie wydarzenia mają coś wspólnego z naszym obiektem?
- Niczego nie sugeruję. Jednak osobliwe wydarzenia skłaniają do odważnych hipotez.
- Ustalono, że klęska na Eirrosad wynikła z nie przemyślanych działań jednego renegata, pewnego ziemskiego pułkownika, który samowolnie wydał rozkaz rozpoczęcia ofensywy.
- To się zdarza aż za często - mruknął S'van, czym ściągnął na siebie gniewne spojrzenie Ziemianina.
- A ja kiepsko się czuję, gdy złe wieści ciągną całymi stadami - powiedział Pierwszy. - Faktów nie można zignorować, szczególnie gdy układają się w pewną całość.
- Słuchamy - warknął bliższy Ziemianin. - Od paru dni rozmawiamy tylko o jednym. Jeszcze trochę tego krakania nie zrobi nam już różnicy.
Translator przełożył ledwie artykułowany bełkot na chropawy, ale zrozumiały hivistahmski. Pierwszy nawet się nie zirytował, przywykł już do popularnych wśród Ziemian i trudnych do przełożenia kolokwializmów.
- Wybaczcie mi ton i formę mojej wypowiedzi, ale z doświadczenia wiem, że graficzne ujęcie problemu pozwala oszczędzić sporo czasu i zapobiega wielu nieporozumieniom - stwierdził i sięgnął, po swojego pilota. Kilkoma ruchami oczyścił pobliską przestrzeń, a gdy tuzin obrazów systemów gwiezdnych wylądowało prawie pod ścianą, w zwolnionym przez nie miejscu zapłonął obraz ludzkiej czaszki. - Wszyscy znacie albo do teraz znać już winniście wyniki ostatnich badań prowadzonych na tym świecie nad genetycznie odmienionym Homo, który trafił w macki Ampliturów jeszcze w formie płodu. Miałem zaszczyt przewodzić temu programowi. - Poruszył pilotem i spod czaszki wyjrzał mózg. - Zanim zdecydowano o powrocie obiektu na Eirrosad, przeprowadziliśmy operację odizolowania odmienionego sztucznie ośrodka mózgowego. Jego połączenia z resztą neuronów zostały odcięte, aby nie mógł ingerować w pracę układu nerwowego. - Pierwszy spojrzał na zebranych, badając ich reakcje. - Raz jeszcze przypomnę, że zarówno ja, jak i mój personel sprzeciwialiśmy się odesłaniu obiektu.
- Na razie nic nowego - zauważył Ziemianin.
- Owszem - syknął Hivistahm. - W normalnych warunkach tkanka ludzkiego centralnego układu nerwowego nie przejawia skłonności do regeneracji. Obecnie wiemy już, jak skłonić neurony mózgu czy rdzenia do dzielenia się i rozrostu, przez co różne choroby, znane ziemskiej medycynie pod ogólną nazwą "paraliżu", należą do przeszłości. Zanim przystąpiliśmy do operowania obiektu, dokonaliśmy biopsji mózgu. Oparta na dostępnych nam analizach symulacja komputerowa jego zdolności do regenerowania tkanki wskazuje, że proces taki jest możliwy.
Wycinek mózgu na obrazie jakby ożył. Neurony zaczęły się powielać.
- To tylko domniemanie - zauważył Massud. - Stwierdzenie potencjalnych możliwości. Nie przesądza jeszcze o regeneracji tego właśnie fragmentu.
- Poza tym taki raptowny wzrost komórek może mieć charakter nowotworowy - zauważył S'van, któremu minęła ochota do żartów.
- Należy wziąć pod uwagę rozmaite scenariusze - stwierdził Pierwszy. - Obiekt mógł zginąć, zanim ktokolwiek zauważył naszą ingerencję. Jednak w wypadku pełnej regeneracji operowanego wycinka, należy liczyć się z jego udanym powrotem pod wpływ Ampliturów. To oznacza fiasko programu. Jest też trzecia możliwość: że silny dysonans poznawczy doprowadził do zaburzeń osobowości.
- Zatem tak czy siak, wszystko na darmo - mruknął drugi S'van.
- Niezupełnie. Sporo się dowiedzieliśmy. - Obraz mózgu zniknął. - Gdyby trafili się następni, wiemy już, jak ich leczyć. Najpewniej nauczymy się też zapobiegać ewentualnej regeneracji odnośnych fragmentów tkanki mózgowej. Zresztą, jak tu powiedziano, ostatnia kwestia nie jest jeszcze przesądzona. Odrost może nie nastąpić, może być niezupełny. Nie twierdzę też, że zaburzenia psychiczne są nieuniknione.
- Ale osobiście uważasz, że najgorszy scenariusz jest zarazem najprawdopodobniejszy, tak? W przeciwnym razie nie przeszkadzałbyś nam w naradzie.
Pierwszy spojrzał na Ziemianina.
- Tak - odparł ze smutkiem.
Drugi mężczyzna pokiwał powoli głową.
- Najlepiej zrobimy, jeśli odnajdziemy ten świat, na którym Ampliturowie prowadzą swój eksperyment, i poślemy całe towarzystwo do diabła.
Pierwszy aż się wzdrygnął. Gdyby nie konieczność, nigdy nie poniżyłby się do tego stopnia, aby zgłębiać mroczne tajniki inżynierii genetycznej. Od samego początku umiejętnie skrywał swoje odczucia i nikt nie domyślał się, jak bardzo niepokoją go te badania. Na dodatek długotrwałe kontakty z Ziemianami zaowocowały przypuszczeniem, że termin "cywilizowany Homo" kryje w gruncie rzeczy sprzeczność; opisuje stan biologicznie wręcz niemożliwy. Rad był, że nie dożyje końca wojny i nie dowie się, do czego jeszcze zdolni są Ziemianie.
Niemniej i tak kiepsko sypiał.